niedziela, 30 kwietnia 2017

JESTEM NA NIE! | KOSMETYCZNE ROZCZAROWANIA OSTATNICH MIESIĘCY #3 | CD DEO, DOVE, L'OREAL, ESSENCE, BIELENDA.


Niedawno było o ulubionych kosmetykach, więc dzisiaj pozwolę sobie ponarzekać. W ciągu ostatnich tygodni w moje ręce wpadły także produkty, które w jakimś stopniu mnie rozczarowały. Nie wszystkie mogę nazwać bublami, ale niestety u mnie się nie sprawdziły. Ciekawe, co to za niegrzeczne gagatki? To koniecznie czytajcie dalej.



Zacznijmy od 100% bubli. Na pierwszy ogień pójdą dwa dezodoranty w kulce, na które jestem mocno wkurzona. W życiu nie miałam jeszcze do czynienia z tak kiepskimi produktami. Chociaż ciśnie mi się na usta inne określenie. A mam tutaj na myśli CD Deo o zapachu lili wodnej oraz Dove go fresh - ogórek i zielona herbata. Do zapachu nie można się przyczepić, ponieważ oba dezodoranty pachną prześlicznie. Gorzej z działaniem. Nie chronią jakoś wybitnie przed potem i na dodatek nabawiłam się przez nie podrażnienia skóry pod pachami i w ich okolicach. Pięką niemiłosiernie, a ostatnio dzięki temu z Dove nabawiłam się czerwonych, bolesnych odpażeń. Teraz schodzi mi spod nich skóra (!). Nie zwróciłam uwagi na składy tych kosmetyków, a na pierwszym miejscu znajduje się Alcohol Denat., który najprawdopodobniej jest całym winowajcą mojego "uczulenia". Dawno nic mi tak nie wyżarło skóry, dlatego dziewczyny: Czytajcie składy przed zakupem! Nawet przed zakupem zwykłego dezodorantu, bo na moim przykładzie widać, że nawet taki podstawowy kosmetyk może wyrządzić krzywdę. Zraziłam się do dezodorantów tych marek i już raczej do nich nie wrócę. No chyba, że będą miały inne składy. Nie polecam!



Tak jak markę L'Oreal bardzo lubię, tak te dwa produkty bardzo mnie rozczarowały. Mam tutaj na myśli jeden z nowszych tuszy do rzęs False Lash Superstar X Fiber oraz eyeliner Super Liner Ultra Precision. Pominę już fakt, że przez czysty przypadek trafił w moje ręce eyeliner w kolorze czarno-złotym. Kupiłam go w zestawie z tuszem Volume Million Lashes Fatale. To straszny przeciętniak. Od samego otwarcia kreska była ledwo widoczna i na dodatek bardzo szybko wysechł. Użyłam go max. trzy razy. Nie wiem, czy mi się trafił jakiś lewy egzemplarz, czy faktycznie te eyelinery są bublem przez duże B. Pewnym jest, że więcej nie trafi do mojego koszyka zakupowego. Co do tuszu, to również mnie nie powalił. Efekt, jaki tworzy (a raczej nie tworzy) na moich rzęsach to jakaś porażka. Nie robi z moimi rzęsami dosłownie nic. Mam nawet wrażenie, że jeszcze bardziej obciąża moje z natury proste rzęsy, które stają się jeszcze bardziej oklapnięte. Producent deklaruje efekt pogrubiająco-wydłużający. Rzęsy są i może delikatnie bardziej zagęszczone, wygląda jakby było ich nieco więcej, ale to wszystko. Pogrubienie jest minimalne, za to wydłużenia praktycznie nie widać. Myślę, że głównym winowajcą jest sama formuła tuszu, która jest okropnie sucha, przez co bardzo opornie się go rozprowadza - szczoteczki nie suną gładko po rzęsach. Wygląda to tak, jakbym używała starego tuszu, ale mam pewność, że tak nie jest, bo maskara jest nowością w drogeriach i była odpowiednio zabezpieczona. Sam odcień czerni także nie powala. Nie jest to głęboka, intensywna czerń tylko jakby zmatowiona, co osobiście mi się nie podoba. Na plus jedynie fakt, że tusz nie skleja rzęs, nie kruszy się w ciągu dnia ani nie odbija się na powiece. Moim zdaniem nie jest wart zainteresowania. Mimo sympatii do marki do tej maskary już nigdy nie wrócę.

Następnie produkty, które mam Wam do pokazania nie mogę nazwać bublami. Zwyczajnie się u mnie nie sprawdziły, może przez to, że miałam w stosunku do nich większe oczekiwania. A wiem, że dużo osób jest z nich zadowolona.



Po pierwsze płynne, matowe pomadki z Essence - XXL Longlasting Lipgloss oraz Matt Matt Matt longlasting lipgloss nr 2. Wersja Matt Matt Matt to niby ulepszona formuła XXL, ale z przykrością muszę stwierdzić, że dosłownie niczym się nie różnią. Zarówno formuła, trwałość, jak i odcień są identyczne. Różnią się tylko nazwą. I to nie tak, że ich nie lubię. Mam mieszane uczucia co do nich. Bardzo podoba mi się ten kolor nude. Ślicznie prezentuje się na ustach. Jednakże ich formuła nie jest w 100% matowa, na co się nastawiłam przy zakupie. To nie są pomadki zastygające całkowicie, przez co też są mniej trwałe niż np. MDL od Wibo, czy K☆Lips od Lovely. Te z Essence określiłabym raczej mianem lekkich błyszczyków o musowej konsystencji. A za błyszczykami przepadam średnio. Szybko się zjadają i tak też jest w tym przypadku. Mimo to są dobrze napigmentowane i ładnie pokrywają usta, bez prześwitów. No i ten kolor sprawia, że mimo wszystko co jakiś czas będą lądować na moich ustach. Jednakże nie mam ochoty próbować innych kolorów, pomimo że gama kolorystyczna jest bardzo interesująca. Po zużyciu tych dwóch nie kupię ich ponownie.



Kolejnym rozczarowaniem jest różany olejek do mycia twarzy marki Bielenda. To produkt z linii Rose Care. Tak, jak serum z tej serii bardzo polubiłam, tak ten olejkiem nie bardzo. Już na wstępie nie przypadł mi do gustu jego zapach. Moim zdaniem nie przypomina on zapachu róży i nie jest szczególnie przyjemny. Mimo to dałam mu szansę wykazać się na innym polu. W końcu zapach to nie wszystko. Jakoś bym go przetrawiła, jeśli jego działanie byłoby zadowalające. Nie można zaprzeczyć, że olejek dobrze oczyszcza skórę, która za jego sprawą staje się gładka i miękka. Niestety olejek mnie zapychał i powodował powstawanie licznych zaskórników. Nie tego oczekuję, dlatego już do niego nie wrócę. Widocznie nie byliśmy sobie pisani i nie nadaje się do pielęgnacji mojej cery.



Ostatnim już produktem, który się u mnie nie sprawdził to żelowo-perłowa rozświetlająca baza pod makijaż Lumiere Base od Bielendy. To prawda, że prezentuje się niezwykle elegancko i luksusowo. Nie można jej odmówić wizualnego uroku, bo to właśnie te żelowe kulki zamknięte w szklanej buteleczce mnie do niej przyciągnęły. Co prawda będąc w Polsce chciałam kupić wersję Pearl Base wyrównującą koloryt skóry, ale akurat półka świeciła pustkami, dlatego skusiłam się na białe kuleczki. Po kilku użyciach zachwyt jednak minął. Faktycznie rozświetla. Nie mogę powiedzieć, że nie. Ale w moim przypadku był to zły pomysł i po prostu głupota, żeby kupić wersję rozświetlającą. Mam tendencję do przetłuszczania skóry w strefie T, a stosując bazę z Bielendy cała moja twarz świeciła się jak bombka. Mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że moja skóra reagowała na nią zwiększonym wytwarzaniem sebum. Moja twarz nie wyglądała na odświeżoną i bardziej wypoczętą, oj nie. Wręcz przeciwnie. Dzięki niej moja cera stała się jeszcze bardziej przetłuszczona i nieprzyjemnie lepka. Dlatego odradzam jej zakup osobą z cerą mieszaną i tłustą. To tylko wyrzucenie pieniędzy w błoto. Reszta szczęśliwych posiadaczek cer normalnych i suchych powinna być zadowolona z efektów.

Na dziś to tyle. Koniecznie napiszcie, co Was rozczarowało w ostatnim czasie. Trafiłyście na jakieś buble? 

Będzie mi bardzo miło, jeśli zaobserwujesz bloga i polubisz moje profile:

Buziaki😘,
Nati 

15 komentarzy:

  1. Antyperspiranty Dove rozczarowują mnie zawsze i wszędzie niezależnie od zapachu. Nie polecam też Rexony, bo słabo chroni przed potem. Mnie z tej gamy produktów pozytywnie zaskoczyła Nivea, którą testuję od przeszło miesiąca :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Antyperspiranty Dove też się u mnie średnio spisują.

    OdpowiedzUsuń
  3. w sumie nie miałam żadnego z tych produktów. Co do CD lubię ich zapachy, ale faktycznie działanie przeciętne ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja na szczęście rzadko trafiam na buble ;). Nie pamiętam co ostatnio tak bardzo mnie rozczarowało.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja używałam pearl base i dla mojej cery była beznadziejna :/ za to polubiłam się z bronse base, odpowiada mi :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bielenda wcale nie ma takich fajnych składów, za to przyciąga opakowaniami i szatą graficzną ;). Pewnie zapchala Cie parafina, ja też muszę uważać bo mam tendencje do zapychania. Planuję za niedługo post z listą składników o największym potencjalne komedogennym więc zapraszam do obserwacji ;p.
    Www.makeupwithbella.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Tych produktów nie miałam, ale z marki L'oreal jeszcze nic się u mnie nie sprawdziło.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie miałam nigdy tych Baz od Bielendy, ale rzeczywiście ładnie wyglądają. Na rozświetlającą bym się pewnie nie skusiła, ale może na którąś z matujących dlaczego nie. Chociaż ciekawa jestem składu, bo opakowanie to nie wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A chciałam kupić ten olejek i bazę z Bielendy dobrze, że przeczytałam tą recenzję szkoda,że się niestety nie sprawdziły ;/
    Mój blog

    OdpowiedzUsuń
  10. o jejku, ale byłabym zła, gdyby odparzył mnie dezodorant, na szczęście nic takiego mi się nie przydarzyło, niemniej współczuję szalenie. co do matowych pomadek to ja ogólnie tych płynnych za bardzo nie lubię, zdecydowanie bardziej podchodzą mi te w kredce (zwłaszcza od GR). ;)
    pozdrawiam serdecznie.
    http://poprostumadusia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. to ja powiem, że mam odmienne zdanie jesli chodzi o oba produkty z Bielendy, baza daje mi lekki świerzy glow, ale nie robi głopich numerów i się nie świece jak kula dyskotekowa, a olejek... jest mega, nie mam żadnych zaskórników ani krostek, i buzia jest miękka i gładka i jakby lepiej nawilżona? Najważniejszym jednak punktem tej wypowiedzi jest to, że mam cerę suchą i to może powodować różnice w odbiorze tych produktów.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie znam żadnego z produktów, ale o olejku do mycia czytałam wiele pozytywnych opinii. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Na szczęście nie miałam żadnej, ale ta baza z Bielendy mnie kusiła ;o

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie używałam żadnego z wymienionych przez Ciebie produktów, ale jakoś mnie już do nich nie ciągnie.. ;-)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga!

Jeśli masz jakieś pytanie, zadaj je w komentarzu na blogu pod najnowszym postem lub w komentarzu na Instagramie. Będzie nam łatwiej i przyjemniej przeprowadzić dialog.

Dziękuję za odwiedziny i zapraszam ponownie :-)

Pozdrawiam serdecznie,
Natalia

Copyright © 2016 Fasonati by Nati Strokosz , Blogger